dzisiaj jest: 27 maja 2017. imieniny: Juliusz, Magdalena, Jan
 
Bill - Żukowska Izabela
Izabela Bill

Urodzona we Wrocławiu w 1982 roku. Obecnie pracuje jako asystentka handlowa. Jest autorką wielu wierszy oraz sztuki pt. „Pegaz”. Lubi fotografować, marzy, aby mieć własne mieszkanie, trzy koty, kilka swoich tomików na półce i by być zawsze szczęśliwą.
Debiutowała w „Zeszycie Poetyckim Dike” oraz w „Almanachu Młodych Końca Wieku”. Jest laureatką licznych konkursów poetyckich, m.in.:

  • wyróżnienie w dolnośląskiej II Edycji Konkursu „Jednego Wiersza”,
  • wyróżnienie w ogólnopolskim konkursie poetyckim „Beatus qui amat”,
  • nagroda Rektora Uniwersytetu Opolskiego w konkursie poetyckim „O Gałązkę Oliwną”,
  • I miejsce w konkursie poetyckim „W słowach utopieni”.


Cztery pory roku miłości

A gdyby tak Jesień poprosić do tańca
może wtedy dałaby mi te czerwone korale
i złotych liści bym miała na czym pisać
listy miłosne do Ciebie.

A gdyby tak Zimę zaprosić na gorącą czekoladę
może wtedy dałaby mi trochę
lodu bym mogła ostudzić swoje oszalałe
uczucia i zmysły do Ciebie. 

A gdyby tak upleść Wiośnie wianek z  przebiśniegów
może wtedy podarowałaby mi skowronka,
który budziłby Cię co rano,
 gdyby zabrakło mnie u twego boku.

A gdyby tak poprosić Lato o sukienkę z polnych maków
i słomkowy kapelusz, mógłbyś wtedy uwiecznić
na płótnie mnie, tę łąkę na której pocałowałeś mnie
pierwszy raz i moją miłość do Ciebie.

Do poety
Kim jesteś poeto?
W czym szukasz ukojenia, duszo niespokojna?
Czy jak artysta młodopolski zatapiasz zmysły
w urokach przyrody?
A może jak Tetmajer zapominasz się
w ramionach chwilowej, ponętnej kochanki?
Może pieścisz gołębi puch
pomiędzy palcami wrażliwej ręki,
i zastanawiasz się kolejny raz kim jesteś?
Raz czujesz się jak trzcina
powiewająca na wietrze,
stojąc na krawędzi dziesiątego piętra
w euforii kolejnego natchnienia.
Innym razem jesteś jak piękny, barwny motyl
na ścianie bez pozłacanej oprawy.
Chcesz rozwinąć skrzydła i polecieć ku słońcu.
Sądzisz, że tym razem się uda
uciec przez cierniowe okno.
Ktoś cię zapyta co możesz dać światu,
oprócz paru mądrych wersów.
Zanim słowa potoczą się z twych ust lawiną metafor,
okno zamknie się z hukiem,
a ty upadniesz ze swymi marzeniami,
z błękitu nieba na twardą ziemię.
Okryjesz się wtedy skrzydłami natchnienia
i napiszesz kolejny apel do krytyków.
Kapliczka leśna
Stoi w lesie kapliczka
Zadbana i murowana
Zawsze otoczona wianuszkiem
Świeżych  kwiatów i drobnych podarków
A za jej szybą
Twarz kobieca mądra i zatroskana
To czuwa  Maryja matka 
Stoi tu  i modli się od
Wieczora do rana
Drzewa jej szumią i modlitwy
Do stóp zanoszą o ludzkich dolach i niedolach
Jeżyny i borówki się jej kłaniają
Grzyby-dary Boże- kapelusze chylą
A Ptaki pieśni śpiewają
A ona tylko stoi, patrzy się i wzrusza
Gdy tylko leśną drużką
Wiejskie dzieci przebiegają
I kochanej Bożej Mateczce
Klękając i się żegnając, kłaniają
A ona tylko wtedy mocniej różaniec ściska
I łzy roni a przez uśmiech wspomina
Jak swego pierworodnego Jezuska za rączkę prowadzała
I o życiu opowiadała
Poeta w pracy
Poezji  muza znów nie odurza
I kusi i nęci i kręci
Na sto różnych sposobów
Chce mnie zmusić do wierszy wyrobów
A ja siedzę w pracy
A jak ktoś zobaczy?
Długopis biorę do kartki przykładam
I nagle słyszę jak muzotwórczą ciszę
Stado złośliwców-krytyków dopada!
Gwałtem się wdziera i na ciszę napiera!
To dzwonek drzwi ze mnie kpi
I psuje mi tyle krwi!
Swoim przepitym głosem chrapliwie się wydziera
O i telefon mu wtóruje  hałaśliwie
Na moim czułych uchem
Jakimś zmutowanym tonem
I jakby tego było mało
Chyba stado os przez okno wleciało
I krążą sępy brzękiem zardzewiałe
Nad mojego natchnienia pastwiąc się ciałem
Raz po raz jakąś wstrętna mucha
Wydziera mi się brzękiem do ucha
To znów na nosie siada
To znów coś wzrok od kartki odkłada
Tym razem to na moim kubku
Rączek muchy zacieranie
A tu jeszcze faks sobie pyka walczyka
Coś ciągle szumi, chrząka w oddali
W moje głowie cały budynek się wali!
Myślę sobie jeden bezpiecznik, jedna wtyczka
I wróci do mnie przepiękna ciszy muzyczka
Lecz na razie muszę  się skupić
Na moim poetyckim pegazie
Bo jak wstanę to zaraz mi czmychnie przez ramię
Do krainy wyobraźni
Do jakiejś tureckiej łaźni
I długa się naproszę
By powrócić chciał pod pióro
Zanim zejdzie się całe biuro
I jaki z tego morał wyciągamy?
Choć to trudne bywa zadanie
Pisanie wierszy niech domeną domów zostanie
Szczęście
Słońce to serce nasze
Drga z nadmiaru miłości
Drży z potoku pożądania
Eksploduje barwami gorąca
Z ciebie na mnie
Ze mnie na Ciebie
Roztapia nieszczęścia
Spala smutek i żal
Burzy się pożądaniem złotym
Czerwienią piekielną
Co spoiwem ognistym
Usta z ustami stapia
Której nikt jeszcze nie dotknął
Której żadne usta nie zaznały
Ach żar żar bucha
Z naszych ciał i serc
A my zespalani
Językami lawy
Wężami palców
Zanurzeni w swoich
Ciałach, myślach...w sobie
W jękach, westchnieniach
Oddychamy jedną pożogą
Trawiącą nas do kości
Aż stygniemy ,zastygamy
W jeden posąg
Ósmy cud świata
Wykuty rękami miłości
Odlany pożądaniem
Spojony jednym sercem
Wiosenna nostalgia
Pochowałam swoje sny i marzenia.
Spisałam je na kartce z pamiętnika
i zakopałam na pobliskim wzgórzu,
tam w brzozowym gaju
pod krzakiem dzikiego bzu
gniją i butwieją jak zapomniany miś
z oderwaną ręką
w ciemnej, zimnej piwnicy.
Niech rozłożą się w ziemi,
zasną kamiennym snem,
zwiną swe niewyrośnięte pędy.
Może kiedyś na wiosnę
obudzą się do życia.
Może zakiełkują razem z tą
zieloną trawą.
Może kiedyś przyjdę poszukać tej
brakującej kartki z pamiętnika,
tego brakującego fragmentu
mojego życia - marzeń.
Może...
Lecz na razie krzak usechł, zbrzydł,
skulił się w sobie - jak ja.
Pewnie przeczytał moje porzucone
marzenia, których gorycz, żal
i niespełnienie na zawsze
wgryzły się w jego korzenie.
A może zrobiło mu się żal
tych smutnych, zrezygnowanych
brązowych oczu.
Zapłakałam więc ja, a z kwiatów bzu
posypała się rosa.
Elektryczne węgorze
Coś zaiskrzyło na horyzoncie mojego myśloskłonu
W środowisku sprzyjającym powstawaniu tornad-natchnień
Poruszyły się odmęty myśli
Rozstąpiły czeluście wyobraźni
Wiatrem zerwały się  ptaki skojarzeń
Myśli jak elektryczne węgorze
Krzyczą do siebie mikrowybuchami
Epitetooksymoronoprzenośnioporównań
Co w korowodzie wirotańca
Łapczywie ciągają się za warkocze 
Sylabogłosek i literowyrazów
Jak białe ręce błyskawic
Raz po raz chwytające  w zachwycie
Serce matki ziemi
Tak i  one pragną sycić swe dusze
Sensem chwiloistnienia
Czcząc owoc płodu
Swego hulaszczego, krótkiego żywota
By potem móc w spokoju
Złożyć ciała swoich liter
I karawany wersów
Wychodzących z cienia pióra
Na bladym blacie kartki -
na  cmentarzysku  wierszy
co wiecznie będą nawiedzać dusze pokoleń
Monolog 1
Łzy deszczu w rozpaczliwym geście
Rozbryzgiwały się o nieczuły mur
A my przywarliśmy do siebie
Przy tej ścianie samobójców
Przywarliśmy tak mocno ,
Że czuliśmy huk drobnych ciał
Uderzających rozpaczą samotności
O oziębłe twarze kamiennych ciosów
A może to był tylko huk krwi
Uderzającej nam do głów?
Pamiętam jak pomiędzy
Gorącymi wyładowaniami
Elektrycznych pocałunków
Pachnących wilgocią
Łykała łzy deszczu
Chwilami czegoś słuchała
Może czy chmury nadal płaczą?
Albo czy podniecone pioruny
Ciągle rozrywają ogniem żądz
Bezbronne, nagie konary drzew?
Była cała mokra
Nie wiem tylko czy z powodu deszczu
Czy rozkosznego rozanielenia?
Patrzyłem jak spływa po niej
Nawałnica spragnionych  pieszczot kryształów
Patrzałem jak wpadają w ramiona
Jej  kropel potu
I zjednoczone staczają się
Po zboczach jej piersi
Dopóki nie wsiąkną w jej skórę
Lub nie połączą się z moimi
Byłem jak jedna z tych kropel
Spływałem po niej długo
Smakując i badając każdy fragment jej skóry
I pozostawiając po sobie
Wilgotne ścieżki ust i palców
Byłem jak jedna z tych kropel
Tylko, że żadnej z nich nie udało się
Tak mocno i głęboko wsiąknąć
W materiał jej ciała jak mi...
Poranek
Zbudził mnie krzyk brzasku.
Czerwone promienie wschodzącego słońca
pieściły me ciało jak namiętny kochanek.
    Zwariowały zmysły
    Nabrzmiały piersi
Gorący oddech przeszywał
ekspresywny dreszcz.
Promienie gryzły uda
potem rozlały się po płaskim brzuchu
gorące jak wosk z parafinowej świecy
a łono okryło się rumieńcem.
Terminal dla samotnych

Jest gdzieś taka przestrzeń-
Poczekalnia życia
Zawsze tam tłoczno od szlochów, westchnień i łez
Niemiarowych drżeń serc i
Nerwowych spazmów w krtani
Nawet powietrze tu tkwi w niepewności
O zapowiedź samolotu do szczęścia i uśmiechu

Przygotowani do odprawy
Szarzy, matowi jak zapomniane obrazy
Zagryzamy nabrzmiałe żelazem wargi
Błądząc bladymi dłońmi
W ciemnościach kosmosu
Widząc tylko z daleka wybrukowany
 Kolorowymi  planetami pas startowy do raju

Czekam aż napęczniały samotnikami kolos
Poderwie mnie wiatrem do lotu
Porwie do szaleńczego tanga
Wyrwie przykuta do łoża łez
Łańcuchami milczenia i smutku
Rzuci w ramiona równie zimne i głodne
Które rozgrzeje huk i  żar startującego szczęścia
Które niesie się z prędkością światła
I wypełnia  zapomniane, zarośnięte
Gęstą pajęczyną  kosmate pająki  samotnej śmierci

Zamknijcie terminal samotności
Niech nikt tu już nie czeka
Czekanie zabija
 A ja …. chcę żyć!

Zapomniana
Kto będzie po mnie płakać
prócz zakurzonych, cmentarnych posągów.
Kto będzie o mnie pamiętał
prócz nagrobnej tablicy.
Kto będzie mnie przytulał
prócz zimnych ścian urny.
Kto spojrzy na moje zdjęcie,
prócz ciekawskich przechodniów
i słońca w ciepłe dni.
Kto odgarnie liście
z mego kamiennego łoża
i położy kwiaty.
Nie, nie chcę kwiatów.
Chcę, by ktoś położył się obok mnie!